Ciąża i poród

Pierwsze spotkanie – narodziny Młodszego

W swoim życiu przeszłam już kilka operacji. Żadna z nich nie była łatwa. Niestety wiem także co to znaczy migrena. Można powiedzieć, że ból nie jest mi obcy. Jednak żaden ból nie może się równać z tym porodowym. Jest to tak intensywne doznanie, że nie da się z niczym porównać. Jednocześnie ten ból jest piękny bo zaraz po nim kładą ci na brzuchu cieplutkiego maluszka, który płacze na cały szpital i już wiesz, że warto było to wszystko przeżyć.

Gdy byłam w ciąży ze Smokiem nie zastanawiałam się, gdzie urodzę, ani jak to będzie wyglądać. Wolałam o tym nie myśleć a szpital wybrałam taki, w jakim pracował mój lekarz. Nie szukałam opinii. Nie pytałam się nikogo. Szpital, jak szpital. W każdym pewnie rodzi się tak samo.

Urodzenie Smoka nie należało do najprzyjemniejszych. Od razu podali mi oksytocynę bez mojej wiedzy mimo, że miałam ładne skurcze. Jak nie trudno się domyślić, po oksytocynie skurcze były nie do zniesienia i błagałam o znieczulenie. To znowu miało swoje kolejne konsekwencje w tym, że nie czułam skurczy w trakcie II fazy porodu, oraz potem ciężko mi było dojść do siebie. Gdy położyli mi Młodego na brzuchu, byłam tak oszołomiona wszystkim, że zupełnie nie było to dla mnie przyjemne. Przy porodzie także mnie nacięli a gojenie się rany krocza wspominam bardzo źle. Dopiero na 10 dobę mogłam swobodnie usiąść.

Teraz przygotowując się do porodu, chciałam mieć większą kontrolę nad tym, co się dzieje. Na szczęście trafiłam na fantastyczny szpital, w którym nie przykuli mnie do łóżka na cały poród. Mogłam swobodnie chodzić, brać prysznic (z tego korzystałam praktycznie cały czas) i robić wszystko, co tylko pomagało mi w bólu.

Ale może zaczniemy od początku?

Już miesiąc przed porodem stwierdziłam, że chcę urodzić w ostatni weekend września. Dziecko już będzie donoszone, a każdy dzień w ciąży mniej dla mnie byłby wybawieniem. Siła sugestii na prawdę potrafi zadziałać cuda i nie zdziwiłam się, gdy w sobotę dostałam regularnych skurczy. Jeszcze poszliśmy na obiad do teściowej, a potem wróciliśmy do domu po rzeczy. Smok miał zostać z babcią. Niestety moje regularne skurcze zaczęły trochę zanikać. Przespałam się chwilkę, wzięłam prysznic i zdecydowałam, że jednak jedziemy do szpitala. Młodszy zaczął się mniej ruszać i mnie to zaniepokoiło.

W szpitalu najpierw załatwialiśmy formalności. Było też KTG, które pokazało faktycznie regularne skurcze, chociaż jeszcze nie zbyt silne.

Lekarz postanowił mnie zatrzymać, bo widać było, że poród jest bliski. I tak poszliśmy na porodówkę. Posiedziałam na piłce, wzięłam kąpiel. Skurcze były częstsze i bardziej intensywne i nagle wszystko znowu ucichło.

Ja zostałam na noc w szpitalu. M pojechał do domu. Rano mieliśmy zdecydować co dalej.

W nocy tylko kilka razy obudziły mnie mocne skurcze. Z resztą spać nie bardzo mogłam, bo jakoś denerwowałam się tą sytuacją. Rano wysłali mnie na KTG i zbadał mnie lekarz. Stwierdził, że wszystko jest gotowe i pewnie do 2-3 dni urodzę. Teraz mogę albo wyjść ze szpitala, lub też zostać i czekać. Mogą także założyć mi na szyjkę tabletkę z hormonem, która wywoła znowu skurcze. Zdecydowałam się jednak na tabletkę. Lekarz stwierdził, że do obiadu będę mieć synka w ramionach.

Po podaniu tej tabletki faktycznie skurcze się rozkręciły. I tak czekałam sobie w wannie na męża wpatrując się w wielkiego minionka (wielka żółta owalna piłka, która wyglądała, jak minionek). Skurcze były coraz mocniejsze, ale niestety wszystko nie szło tak szybko, jakbym chciała. Po pewnym czasie byłam już mocno wymęczona skurczami i zaczęłam myśleć, że to pewnie do wieczora potrwa. Ku mojemu zdziwieniu (i zdziwieniu personelu) akcja nagle nabrała tempa i położne ledwo zdążyły przylecieć i odebrać poród.

Lekarz miał rację. Młodszy urodził się o 12:41. Potem dwie godzinki leżał ze mną i razem z M oglądaliśmy sobie to nasze drugie małe cudo. Dopiero potem pozwoliłam go zważyć i zbadać. Nikt nie protestował. Tak samo z odcięciem pępowiny na moje życzenie poczekali aż przestanie tętnić.

M cały czas był przy mnie i nie wiem, czy dałabym radę bez niego. Był dla mnie ogromnym wsparciem. Mimo, że przed porodem uznaliśmy, że na II fazę M wyjdzie z sali, to w rezultacie został ze mną i dodawał mi sił. Nie zemdlał. Nie stracił do mnie szacunku. Nadal jest fantastycznym mężem i ojcem.

Niestety szybki poród ma też swoje wady. Nie będę się na ten temat rozpisywać, ale pewnie wiecie o co chodzi.

Jednak w porodzie nie chodzi tylko o sam moment porodu. W szpitalu, w którym byłam miałam rewelacyjną opiekę także po porodzie. Pielęgniarki przychodziły i pytały się mnie, czy wszystko w porządku. Pomagały mi z ogarnięciem siebie, a gdy w 2 dobie dostałam nawału, miałam problemy z przystawieniem Młodszego i powoli robił mi się znowu zastój, jedna z nich całą noc ze mną spędziła pomagając mi nauczyć się, jak przystawiać dziecko do piersi i robiąc mi okłady. Dzięki niej mogę teraz Młodszego karmić piersią bez problemów. To uważam za mój największy sukces, bo przy Smoku nie miałam takiej pomocy a przez to Młody nie był karmiony bezpośrednio moją piersią.

Teraz mam w domu prawie dwutygodniowego maluszka, który skradł mi serce. Cieszę się, że zdecydowaliśmy się na drugie dziecko. Cieszę się, że nam się udało i że jest już z nami.

 

A teraz mam dla Was niespodziankę. Chciałabym co tydzień w piątek umieszczać na swoim blogu Wasze wspomnienia z pierwszego spotkania z waszymi dziećmi. Napiszcie o opiece w szpitalu, o pierwszym wrażeniu, jakie zrobił na Was maluszek. Czekam na Wasze historie na maila: tedikontakt@gmail.com. 

 

Tedi