Jak to Smok postanowił pojawić się na świecie

 

W głowie mi się nie mieści, że to już rok odkąd jesteśmy we trójkę. Dopiero co Smokuś był malutkim, bezbronnym noworodkiem, a tu już całkiem duży chłopczyk się z niego zrobił.

Pamiętam dokładnie mój poród, chociaż mam wrażenie jakby to był jakiś film, który oglądałam z boku. Z perspektywy czasu muszę przyznać, że miałam bardzo dobry poród, zwłaszcza, że to był mój pierwszy raz.

Uwaga będą wspomnienia! 🙂

W weekend poprzedzający narodziny Smoka stwierdziłam, że ja już dużej nie dam rady być w ciąży i że rodzę w przyszły weekend. Tamten czerwiec był w Budapeszcie bardzo upalny, więc nic dziwnego, że miałam już dość. Oczywiście nie zamierzałam stosować żadnych metod na wywołanie porodu. Po prostu powiedziałam sobie, że w przyszły weekend rodzę i tak też zrobiłam 🙂 Ale po kolei.

Nadeszła sobota a mi się nic nie działo. Czasem jakiś skurcz przyszedł, ale takie to ja miałam od 4 miesiąca ciąży, więc się nie przejmowałam. Wszystko było tak jak do tej pory. Ja się ledwo ruszałam. Całą noc wstawałam do kibelka. Smok niemiłosiernie naciskał mi na pęcherz i wszystkie inne narządy wewnętrzne. M rano pojechał poszperać na targ staroci (to jego częste zajęcie w sobotnie przedpołudnie), a ja siedziałam w domu, oglądałam serial i gotowałam obiad. M wrócił i już resztę dnia spędzaliśmy razem. U mnie kompletnie nic się nie działo. No to zjedliśmy obiad, odpoczęliśmy (w sumie to już całkiem nie pamiętam co robiliśmy) i koło godziny 17 poszliśmy na spacer do parku (jak praktycznie codziennie). Spacerowaliśmy, spacerowaliśmy i tu nagle koło 18 znowu zaczęły łapać mnie skurcze. Było ich kilka, ale się nie przejęłam. Wróciliśmy do domu, zjedliśmy kolacje i zaczęliśmy oglądać film (nie mam teraz pojęcia jaki). Po jakiś 30 minutach z telefonem w ręce zorientowałam się, że skurcze łapią mnie co 6 minut. Dopiero wtedy powiedziałam o tym M. Stwierdził, żebym się nie wygłupiała, bo on jest zmęczony i chyba go przeziębienie bierze i nie ma ochoty iść teraz do szpitala. Na co ja, że poczekajmy jeszcze, może przejdzie. W końcu wody mi nie odeszły. Oglądnęliśmy film do końca i koło 22 zdecydowaliśmy się zadzwonić do mojego lekarza. Ten stwierdził, że jest nad Balatonem (!) i żebym pojechała do szpitala. Jak się potwierdzi, że to poród, to przyjedzie.

Do szpitala poszłam na piechotę. To było tylko kilka przystanków, mnie nic nie bolało, a wieczór był bardzo przyjemny. W szpitalu przyjęli mnie dość szybko. Od razu podpięli KTG i okazało się że na prawdę rodzę. W tym momencie mój lekarz był już w drodze. Jakaś lekarka mnie zbadała i się okazało, że rozwarcie jest 4 cm. Pomyślałam, że to niewiele, bo 2 tygodnie wcześniej miałam już 2 cm. No, ale nic to. Przenieśli nas z mężem na sale porodową. Byłam trochę smutna, że nie trafiła nam się sala z wanną. Lekarz przyjechał, zbadał mnie i zdecydował o podpięciu kroplówki. W dalszym ciągu odmawiałam znieczulenia (ku zdziwieniu położnej), bo nadal nic mnie nie bolało i był jeszcze czas, aby je podać.

Bolące skurcze przyszły dopiero po północy. Wtedy zaczęłam żałować, że odmawiałam znieczulenia, zwłaszcza, że anestezjolog był już zajęty. No i tak sobie wyłam z bólu i przeklinałam w duchu na M do 3:30. Chyba nigdy się tak nie bałam jak wtedy co mi dawali to znieczulenie. Lekarz mi kazał nie ruszać się przez 10 minut, ale jak ja to miałam wykonać, skoro skurcze rzucały mną co 2 minuty? Jakoś to jednak poszło, znieczulenie zaczęło działać a ja poszłam spać. M też się zdrzemnął. Chwilę po 5 obudzili mnie, że już jest 10 cm i będziemy zaraz rodzić. Czekali jeszcze chwilkę aż główka dziecka zejdzie niżej. A mi zaczęło przechodzić znieczulenie, więc zapytałam się, czy mogę jeszcze dostać. Położna podała mi znieczulenie i zaraz po chwili pożałowałam tego. Ta druga dawka znieczulenia sprawiła, że w ogóle nie wiedziałam kiedy mam skurcze. Mi tutaj kazali przeć, jak skurcz się zacznie, a ja nie wiedziałam kiedy on się zaczyna. Wpadłam w lekką panikę. Lekarz stwierdził, że jak w ciągu kilku minut nic nie pójdzie to idziemy na cesarkę. I tu ja się spięłam w sobie, bo przecież nie po to się tyle męczyłam, żeby mnie teraz ciąć mieli! I parłam na czuja, zupełnie nie wiedząc kiedy mam skurcz. Na szczęście udało się! O 5:45 przyszedł na świat mój mały Smokuś, cichutki, cieplutki, perfekcyjny! Położyli mi go najpierw na brzuchu a ja nie mogłam uwierzyć, że to już koniec. Dopiero wtedy M wrócił do mnie, bo M nie był przy kulminacji porodu. Ustaliliśmy to jeszcze w domu, że zostanie ze mną przez cały czas, aż do momentu gdy dziecko będzie wychodzić. Teraz sobie myślę, że t była dobra decyzja. Z resztą nie potrzebowałam go na sam finał, bo i tak w pokoju nie było miejsca. Ale wracajmy do porodu. Teraz gdy mały był już na świecie wszystko potoczyło się ekspresowo. Dziecko wzięli na badania i ubranie. M poszedł z dziecięciem. Ja gdzieś w międzyczasie rodziłam łożysko (nie mam pojęcia jak i kiedy!?). Potem mnie zszywali a M z maluszkiem byli już przy mnie. Po jakimś czasie przyszła położna i pomogła mi maluszka dostawić do piersi. Kiepsko nam to poszło, bo Smok nie bardzo chciał  ssać. Po 2 godzinach od porodu przewieźli mnie na oddział. M pojechał odpocząć do domu. Maluszek poszedł z pielęgniarką a ja próbowałam spać. Synka przywieźli mi dopiero po 14. I w sumie to byłam im za to wdzięczna, bo od godziny 11 próbowałam wstać o własnych siłach i nie mogłam. Co podnosiłam głowę, to mi się ciemno przed oczami robiło. Ale gdy mi przywieźli mojego maluszka, byliśmy już razem. Był śliczny, taki malutki z ciemną czuprynką (teraz jest blondynkiem!) i ślicznymi niebieskimi oczkami (takie zostały).

Nadal nie mogę uwierzyć, że wszystko wtedy tak sprawnie poszło i sama nie wiem jak to się stało, że zostałam mamą 🙂

Tedi

Olga Vitoš

Nie potrafię usiedzieć na jednym miejscu. Ciągle muszę coś roboć. Jestem mamą, doulą i kobietą, która uwielbia działać. Wspieram kobiety w okresie okołoporodowym a także po stracie dziecka. Prowadzę warsztaty dla kobiet w ciąży i dla rodziców. Jestem prezesem Fundacji Kocham Zapinam, dzięki której promuję bezpieczne przewożenie dzieci w samochodach. Maluję, tłumaczę z języka czeskiego oraz tworzę książki dla dzieci. Jestem także jednym z twórców akcji #MaluchyNaBrzuchy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *