Mieszkam w najbardziej śmierdzącym miejscu w Polsce

Kilka lat temu przeprowadziłam się do Budapesztu. Między wszystkimi atrakcjami, jakie daje to miasto, zdarzało mi się tęsknić do mojego rodzinnego miasta – Krakowa. Tak się zdarzyło, że mieliśmy okazję tu wrócić, a że chcieliśmy aby nasze dziecko często widywało dziadków, nie wahaliśmy się długo. Żałuję. Kraków mi zwyczajnie śmierdzi.

No dobra. Muszę sprostować. Mieszkam koło Krakowa (jakieś niecałe 10 km od granicy miasta) w miejscowości usytuowanej w rowie Krzeszowickim, którym płynie rzeka Rudawa. Miejsce jest bardzo ładne. Są lasy, strumyki, zwierzęta (już ich coraz mniej ze względu na szybkie zasiedlanie okolicy przez ludzi). Jest strefa archeologiczna. Czego chcieć więcej do szczęścia? No właśnie! Czystego powietrza!

Kraków sam w sobie ma fatalne powietrze. Zanieczyszczenia niejednokrotnie przekraczają wszystkie dopuszczalne normy. I nie jest to wina tylko palenia w piecach węglem. Czynników wpływających na takie tragiczne powietrze jest wiele. Przede wszystkim Kraków leży w dziurze. Dosłownie. Ciężko stąd wywiać jakiekolwiek smrody, a jesienią, gdy pogoda bywa bezwietrzna, smrody zostają i tworzą wspaniały smog, który mógłby konkurować z tym londyńskim z XIX wieku. W Krakowie mamy też niestety dużo samochodów. Jeśli kiedykolwiek żyliście w tym mieście, to wiecie, że to nie tylko ładna starówka, ale także odległe osiedla i miejsca pracy. Komunikacja miejska nie jest najwyższych lotów (chociaż dużo się poprawiła ostatnio) i przez to wiele osób wybiera samochód. Są też ci, co nie ma wyjścia tak jak ja. Jakbym chciała dojeżdżać do pracy autobusami, droga w jedną stronę zajęłaby mi około 2 godziny. Samochodem jest znacznie szybciej. A samochody smrodzą, bo stoją w korkach. Stoją w korkach, bo jest ich dużo, a światła często nie są zsynchronizowane (czuję się zszokowana, gdy uda mi się przejechać trzy kolejne skrzyżowania na Opolskiej na zielonym świetle).

No dobra, ale Kraków Krakowem a ja mieszkam na wsi. Niestety 10 km nie robi jakiejś kolosalnej różnicy. Owszem, wieczorami widzę pomarańczową poświatę nad Grodem Kraka (co sugeruje, że u mnie jej nie ma), ale mamy też swój specyficzny podkrakowski klimacik stworzony przez palaczy. Wystarczy przejechać się po wioskach zwłaszcza na jesień, a z co drugiego domu zobaczysz unoszące się kłęby żółto zielonego dymu. Może się nie znam, ale węgiel, czy drewno to to raczej nie jest. Ten dym bywa czasami tak ciężki, że z komina od razu spada na ziemię tworząc zaporę dymną. Wszędzie palą się stosy liści i stosy śmieci. Te liście to bym jeszcze jakoś zniosła, chociaż można je zapakować w wory i oddać śmieciarce. Ale nie. To zdecydowanie za dużo roboty. Lepiej je podpalić i zasmrodzić całą dolinę. Przy okazji można tam wrzucić też jakąś starą sklejkę, czy dziwne przedmioty niewiadomego pochodzenia.

A potem tym wszystkim oddychamy. My – ludzie, którzy uważają, że mieszkają na zdrowej wsi. Oddychają tym też nasze dzieci. A prawda jest taka, że od kiedy wróciłam do Krakowa moje migreny są coraz częstsze i coraz dłuższe (ostatnia trwała tydzień…). W Budapeszcie migren praktycznie nie miałam, a to jest dwa razy większe miasto ze znacznie większą liczbą aut. A lepiej nie wgłębiać się w to czym Węgrzy ogrzewają zimą swoje mieszkania. Mnie to przeraża.

Tedi

Jeśli spodobał Ci się ten tekst, zostaw po sobie komentarz, polub lub udostępnij 🙂

*Zdjęcie pochodzi z Pixabay

facebook-iconinstagram-icontwitter-icongoogle-plus-2-icon

Olga Vitoš

Nie potrafię usiedzieć na jednym miejscu. Ciągle muszę coś roboć. Jestem mamą, doulą i kobietą, która uwielbia działać. Wspieram kobiety w okresie okołoporodowym a także po stracie dziecka. Prowadzę warsztaty dla kobiet w ciąży i dla rodziców. Jestem prezesem Fundacji Kocham Zapinam, dzięki której promuję bezpieczne przewożenie dzieci w samochodach. Maluję, tłumaczę z języka czeskiego oraz tworzę książki dla dzieci. Jestem także jednym z twórców akcji #MaluchyNaBrzuchy.