Instrukcja obsługi teściowej, część I

Ot dostałam do poczytania od samej autorki nieopublikowany jeszcze tekst. A tekst jest rewelacyjny – duża dawka humoru. Drogie teściowe to też dla was a nie o was 🙂
No nic, więcej nie piszę. Wam daję do oceny. Tekst będzie oczywiście w częściach. Nie wszystko na raz!
Część II
Część III
Część IV



Instrukcja obsługi teściowej

Autor: Urszula Tabor.
Treść tej książki stanowi przedmiot ochrony w rozumieniu przepisów prawa autorskiego    i można ją wykorzystywać do celów komercyjnych  jedynie za zgodą autora.

Wszelkie podobieństwo do jakichkolwiek osób jest niezamierzone

i  całkowicie przypadkowe

W S T Ę P
czyli dobrze się trzeba zastanowić co czyha w tak zwanym zanadrzu
Jakby się bardzo, bardzo uprzeć można zaryzykować twierdzenie, że przytoczone na tych kartach wyczyny naszych ukochanych ale czasem niezmiernie kłopotliwych mam, mamuś, mateczek  i mamusiek są skrajne, czasami wręcz patologiczne.
Nie da się tego ukryć, że są.
Oczywistym jest, że w stosunkach pomiędzy „młodymi” a „starymi”, pomiędzy dorosłymi dziećmi a ich rodzicami, z reguły cierpiącymi katusze z powodu dręczącego ich syndromu tak zwanego „opuszczonego gniazda”, czystość intencji  w postępowaniu rozumie się sama przez się. Te kochane przecież „sarkofagi” robią swoim dzieciom różne dziwne rzeczy ale bezdyskusyjnym jest, że  kochają te dzieci całym swoim sercem.
Niestety zdarza się czasami, że to właśnie po stronie intencji leży przyczyna wiecznych, niekończących się konfliktów: drobnych, średnich i tych całkiem poważnych. Jeśli intencje nie należą do zbyt czystych i zbyt przejrzystych wtedy wszelkie próby pokojowego ułożenia poprawnych relacji z teściową, zwłaszcza gdy jest to MATKA ukochanego przez nią synusia skazane są na porażkę.
Niestety.
Co wtedy?
Cóż…
 
Zamienię teściową na psa. Może być wściekły
 
Ewentualność w ramce może nie wypalić i wtedy cała nadzieja, że dotknięci plagą „mamuśki” młodzi ludzie będą mieli na tyle rozwinięte poczucie humoru, że pozwoli im ono przetrwać najcięższe chwile.
Jeśli mimo wysiłków współżycie nadal będzie udręką młodzi powinni stworzyć pomiędzy swoją nową rodziną a toksycznymi rodzicami strefę buforową – co najmniej pięćset kilometrów wolnej przestrzeni. Nie mniej. Tylko wtedy mają szansę przetrwać naloty, kontrole, inwigilacje i niezapowiedziane wizyty, gdyż                       dzieląca ich z mamusią „strefa buforowa” sprawi, że wspólne przebywanie pod jednym dachem nie będzie zbyt częste. W przeciwnym razie będzie ciężko.
Książeczka ta ma za zadanie uświadomić możliwości rozwoju sytuacji a więc możliwe zagrożenia we wzajemnych kontaktach dorosłych dzieci z nadzwyczajnie kochającymi ich rodzicami. Rodzicami, którzy z rozmaitych przyczyn natury emocjonalnej nie przyjmują do wiadomości faktu, że ich słodkie dzieciątka zdążyły już dorosnąć.
Generalnym przesłaniem niniejszego „dzieła” jest myśl taka: „śmiej się i nie daj się”. Jeśli bowiem będziesz świadomy tego, co cię może spotkać będzie ci łatwiej i lżej. A poza tym unikniesz zaskoczenia co w tym wszystkim nie jest bez znaczenia.
Czym natomiast nie jest ta książeczka?
Na pewno nie jest podręcznikiem mającym odpowiedzieć na następujące pytania:
Jak sobie radzić z nadopiekuńczą mamusią dorosłego synusia czy takąż mamusią dorosłej córeczki?
Jak sobie radzić z Tatusiem, który w żadnym wypadku nie przyjmuje do wiadomości faktu, że jego ukochane dziecko zdążyło się zestarzeć?
Według posiadanego przeze mnie rozeznania w tym temacie oświadczam z całą odpowiedzialnością, że z toksyczną mamusią niestety poradzić sobie generalnie nie można. Na szczęście toksyczny tatuś jest łatwiejszy do ogarnięcia i to znacznie.
Co można w takim razie zrobić by choć troszkę ułatwić sobie życie? Cóż…
Można jedynie delikatnie takiego rodzica podtrenować czyli z lekka go uczłowieczać po to, by skutki jego działań zminimalizować.
Troszeczkę.
Tyci, tyci.
Niestety, tylko tyle.
Ponieważ wiedzieć znaczy być uprzedzonym, a być uprzedzonym znaczy często umieć sobie radzić, niech poniższe słowa dodadzą otuchy w ciężkich chwilach wszystkim, którzy tej otuchy potrzebować będą.
 
Ogłoszenie: zgubiono teściową, znalazcę czekają niesamowite wrażenia.
 
Umieć się śmiać jest cnotą godną podziwu,
więc śmiejcie się wyrośnięte dzieci swoich rodziców, bo czasami nic innego wam nie pozostanie.
Bycie kochanym jest bowiem często niezmiernie kłopotliwe.
 
ROZDZIAŁ I
 
WYCZYNY PRZEDŚLUBNE
czyli dziecko opamiętaj się!
 
Miłość matczyna jest miłością wielką, praktycznie nieograniczoną.
Z pełną odpowiedzialnością za własne słowa muszę stwierdzić, że jest to miłość najczystsza z czystych i najpiękniejsza z pięknych. Ten fakt leży całkowicie poza wszelką dyskusją.
Jest jednak jedno, całkiem malusieńkie ale.
Czystość tej miłości błyszczy niczym brylant tylko wtedy, gdy jest nią obdarzane dziecko. Nie ważne: własne czy cudze.
Ważne, że DZIECKO.
Coś jest takiego w naturze kobiety (mężczyźni tak mają znacznie, znacznie rzadziej), że obdarowywanie swoją miłością jest jej nakazem życia.  W związku z tym KOBIETA-MATKA kocha swoje dziecko miłością wielką zapominając najczęściej w tym miłosnym szale, że obiekt matczynych zabiegów opiekuńczych w tak zwanym międzyczasie zakończył już żywot dziecięcia, trochę urósł i czemu niestety nie da się w żaden sposób zapobiec stał się człowiekiem dorosłym.
W krańcowych przypadkach taka zakochana w dziecięciu swym mamusia faktu jego dorośnięcia w ogóle nie przyjmuje do wiadomości i trwa w swym przeświadczeniu pomimo, że synuś właśnie stał się emerytem.
Matki córek są w tym temacie troszeczkę bardziej normalne, aczkolwiek na hasło „moja, mała córeczka” wilgotnieją im oczy i serce wzruszone szlocha rykiem potężnym. Szlocha  mimo tego, że córeczka właśnie obchodzi trzydzieste piąte urodziny i otoczona jest gromadką własnych dzieci z mężem na czele.
Ten pełen emocji okrzyk o malutkiej córeczce bardziej może pasuje do zakochanych w córkach tatusiów niż do matek. Też się zdarza czasami, że w imię niezaspokojonej miłości ojcowskiej to właśnie tatusiowie potrafią w życiu ukochanej lecz z lekka już podstarzałej córeczki porządnie namieszać.
Natomiast zdecydowanie częściej oślepłe na ponurą rzeczywistość są mamusie synów (że nie wspomnę w tym miejscu o matkach synów-jedynaków), które w ogóle nie zauważają faktu urośnięcia synusia do rozmiarów wskazujących, że ostatecznie przestał być dzieckiem jakieś no…. naście lat temu!
Mamusia nie chce tego widzieć i nie będzie tego widzieć, gdyż dawno już straciła w tym temacie zdolność obiektywnej oceny rzeczywistości. Nawet jeśli ogólnie postrzegana jest jako osoba trzeźwo myśląca, to w stosunku do synusia zdolność tę już dawno utraciła (jeśli w ogóle kiedykolwiek ją miała).
Ukochany synuś rośnie i rozwija się. Wyrasta z niego całkiem duży chłop ale jego mamusia, rozkochana w największej miłości swojego życia czyli w nim właśnie (tym chłopie znaczy), nadal ma potrzebę tulenia go w ramionach i głaskania po główce.
To ona przecież przez dziewięć miesięcy nosiła go pod sercem. To ona rodziła go w straszliwych męczarniach. To ona wreszcie z tak wielkim trudem wychowała go najlepiej jak umiała. Dlatego, to ona własnie musi go teraz doglądać i musi mu dogadzać, bo  SYN stanowi skarb jej życia najdroższy. Musi się nim nieustannie opiekować, gdyż inaczej szczęście MATKI zmarnieje i sczeźnie w tym najbardziej okrutnym ze światów, wśród tych kobiet fałszywych, podstępnych i złych. One, znaczy te kobiety, jak harpie czyhają na jedyne i absolutne szczęście życia tej najdoskonalszej z matek. Tylko ona, jedna, jedyna na świecie potrafi to dziecko swoje (niestety niezbyt rozsądne zresztą) obronić przed czyhającymi na nie zewsząd niebezpieczeństwami.
Mamusi takiej nawet do głowy nie przyjdzie, że czas obowiązku chronienia dziecięcia minął już bezpowrotnie.
Taka jest właśnie pierwotna i najgłębsza przyczyna wszelkich kłopotów jakie z mamusiami emanującymi swoją nieograniczoną miłością mają dzieci na nieszczęście swoich matek urośnięte i zestarzałe.
Dzieci jak to dzieci.
Zwykle mają wiele pomysłów, które chcą realizować. Nie wszystkie pomysły należą do mądrych, niestety.
Dzieci mają w swoim repertuarze pomysły rozmaite. Ich stopień dokuczliwości uzależniony jest najczęściej od ich inwencji twórczej i temperamentu.
Po gruntownym namyśle stwierdzam, że z punktu widzenia rozkochanej w swoim dziecku i nadopiekuńczej mamusi cierpiącej na nadmiar uczuć, zdecydowanie najgorszym z pomysłów latorośli   jest jego popadnięcie w dorosłość. Naprawdę. Już nic głupszego potomek nie może wymyśleć nad własną dojrzałość. A już jak w ślad za tym zachce się gówniarzowi być samodzielnym, to to już jest prawdziwy koniec świata. Głupszego pomysłu dziecię wymyśleć już nie mogło.
MATKA syna, niedostatecznie uświadomiona o czyhających na nią w chwili osiągnięcia dorosłości przez progeniturę niebezpieczeństwach nieustannie obdarza potomka swoją miłością.
On rośnie.
Ona go kocha.
Potomek dorósł.
Ona go dalej kocha. Nie jak równoprawnego członka rodziny ale jak malutkie dziecię ledwo co odstawione od piersi.
Oczywistym jest, że dorosły potomek takiej miłości już wcale nie potrzebuje. Nie dzieje się tak dlatego, że swojej matki czy ojca nie darzy żadnym uczuciem.
Absolutnie nie.
Zderzenie z jednej strony miłości wielkiej acz niepotrzebnej  z miłością też niewątpliwie wielką tyle, że do kogoś innego niestety nie wróży takiemu synusiowi niczego dobrego.
Obdarzający uczuciem rodzic ma bez przerwy poczucie, że jest intruzem bo obdarzany uczuciem dorosły potomek z różnych, najczęściej racjonalnych względów, by żyć w stanie niezadręczenia notorycznie musi bowiem stosować politykę uników.
Jakież to mogą być względy?
Ano, rozmaite.
 
Wzgląd numer jeden
Dorosły synuś, chłop na schwał zresztą, właśnie jest w pracy i uczestniczy w ważnej naradzie.
U naczelnego.
Telefon.
– Kochany i najmilejszy mój syneczku. Co masz ochotę dzisiaj sobie zjeść na obiadek? Powiedz, czy to ma być sznycelek z marcheweczką czy zrazik w grzybowym sosiku? A jeśli zrazik, to czy sosik ma być bardzo pikantny mój ty synusiu kochany czy mniej.  A ziemniaczki mają być puree czy może frytki?
– Mamo nie teraz, teraz nie mogę rozmawiać!
– Tylko moment kochanie, a powiedz na deser moje szczęście ma ochotę na lody czy może na pyszną wuzeteczkę?
Uprzedzam, że zmiana numeru telefonu nie jest właściwym rozwiązaniem problemu nieustannie dzwoniącej rodzicielki. Dlaczego? Mamusia bardzo zdenerwowana, że nie może dodzwonić się do syna i tak się do niego dodzwoni tyle, że przez sekretariat. Z powiadomieniem wszystkich po drodze (telefonistka na centrali, sekretarka) o rozmaitych zaszłościach najczęściej prywatnej natury, niekoniecznie nadających się do rozpowszechniania. W pracy zwłaszcza.
– Proszę pani (to do sekretarki czy telefonistki, wszystko jedno do kogo zresztą) – ja panią bardzo proszę, proszę go wywołać z tej narady. Na pewno coś strasznego musiało się stać, w przeciwnym wypadku mój syn nigdy w życiu nie zrobiłby mi czegoś takiego, żeby nie odebrać telefonu. Ja przecież jestem MATKĄ! To znaczy wie pani, raz zrobił, ale to była nadzwyczajna sytuacja, bo taka jedna głupia zdzira go upiła i on biedny nie wiedział gdzie jest a ona, ta zdzira znaczy wyłączyła mu złośliwie telefon, bo wiedziała, że matka go będzie szukać. Ale to było tylko jeden raz i dobrze, że ta lafirynda sobie poszła bo to nie była kobieta dla niego.
Z powyższych powodów zmianę numeru telefonu stanowczo jednak odradzam.
Wzgląd numer dwa
Synuś rozkochanej w nim na zabój MATKI jest najnormalniejszym facetem pod słońcem. W związku z tą jego normalnością odbywa właśnie spotkanie męsko – damskie w zaciszu uroczego pokoiku znajdującego się pod na szczęście nieznanym mamusi adresem.
Tyle, że nie odważył się na wyłączenie telefonu.
Mamusia dzwoni bardzo przepraszając, że przeszkadza bo tylko delikatnie chciała przypomnieć, iż za tydzień są imieniny cioci Krysi a on, znaczy jej syn powinien o siostrze swojej matki pamiętać, bo to dla niej, znaczy dla matki syna niezmierne ważne jest.
W trakcie rozmowy synusia z mamusią pani, z którą synuś aktualnie przebywa nieopatrznie powiedziała cokolwiek na tyle głośno, że mamusia w telefonie usłyszała damski głos.
Znaczy w sekundzie zrozumiała, że jej ukochany SYN nie jest sam. Mało tego.
Z ukochanym dzieckiem matki jest kobieta!
Potworne!!!
MATKA już wie, że szczęście jej życia spędza swój czas z inną kobietą.
Boże, SYN  w niebezpieczeństwie!
Nie, źle powiedziane.
To nie syn jest w niebezpieczeństwie, to stan posiadania matki jest zagrożony!
Trzeba działać natychmiast.
Ta kobieta z którą syn właśnie przebywa jest niewątpliwie kobietą złą, podłą i w dodatku wyrachowaną. Na pewno jest dla SYNA nieodpowiednia.
Matka wie, że jedyne rozsądne co synuś powinien zrobić w tym momencie, to zakończyć romantyczne spotkanie i natychmiast powrócić na łono tej, która jako jedyna na świecie życzy mu dobrze.
Ba, najlepiej pod słońcem.
Mamusia zatem natychmiast przystępuje do akcji ratunkowej.
Prawdopodobnym jest jak dwa razy dwa to cztery, że jeśli w wyniku zmasowanych działań synuś na łono mamusi jednak nie powróci, to kobieta z którą nieopatrznie zaplanował sobie miłe spędzenie czasu ucieknie gdzie pieprz rośnie. Zrobi to niewątpliwie, gdy tylko się zorientuje co w trawie piszczy.
Jeśli tak zrobi będzie to przejaw jej nadzwyczajnej mądrości i przezorności. To zdolność ta zapewne podsunie jej na tyle straszne wizje ewentualnego przyszłego pożycia rodzinnego z matką i jej synem, że wykonanie natychmiastowej rejterady będzie pomysłem najlepszym z możliwych.
Dlaczego?
Sami zobaczcie co dalej stać się może.
Przyćmione światło, palące się świece, kominek dający przytulne ciepło.
Nastrój w całej rozciągłości poetycki z seksualną nadzieją w tle.
Telefon:
– Kochanie moje a powiedz mamusi kiedy cię dziecko znowu zobaczę? Tak bardzo się stęskniłam za tobą SYNU. Dlaczego ty mnie zaniedbujesz? Bo wiesz synusiu, dobrze by było uzgodnić wspólnie, co kupimy cioci Krysi w prezencie na te imieniny. Wiesz kochany lepiej kupić wspólny prezent jeden a droższy, niż tanie barachło. W sklepach tyle teraz badziewia! Naprawdę, trzeba uważać by nie wydawać pieniędzy na niepotrzebne rzeczy ….
– Mamo, później o tym porozmawiamy, teraz jestem zajęty. Pa mamo – mówi syn i kończy rozmowę w nadziei, że na tym jego kontakty z mamusią tego wieczoru się zakończą.
Nic z tych rzeczy.
Nie mija dziesięć minut jak telefon dzwoni znowu.
– Kochany synu, ja bardzo przepraszam, że ci przeszkadzam ale chciałam spytać kochany mój, czy ten ząb co cię bolał to już cię nie boli? Czy ty w ogóle byłeś z nim u dentysty? Wiesz syneczku, to jest takie ważne, żeby dbać o zęby. Ty musisz o tym pamiętać, bo przecież ja matka całe życie cię uczyłam, że do dentysty trzeba chodzić regularnie. No, jeśli nie raz na pół roku to już na pewno raz do roku. To już jest naprawdę ostateczność. Bo wiesz, jak już masz bardzo zepsutego synu zęba, to po pierwsze bardzo cię boli a ja matka nie zniosłabym świadomości, że ciebie kochany synu boli cokolwiek, a po drugie…
– Mamo, powiesz mi o tym wszystkim jak się spotkamy. Do widzenia.
– SYNU nie przerywaj mi, bo to jest ważne. Pamiętasz jak bolała cię ta dolna czwórka? No przyznasz sam, że to było twoje zaniedbanie.
– Mamo później porozmawiamy, wyłączam się i nie dzwoń już do mnie dzisiaj.
Mija dziesięć minut i telefon dzwoni znowu.
– Mamo, prosiłem żebyś do mnie już dzisiaj nie dzwoniła.
– Czy możesz mi powiedzieć dziecko moje jedyne dlaczego to ja MATKA nie mogę zadzwonić do swojego syna? To ja najpierw nosiłam cię pod sercem tyle czasu, potem cierpiałam bo musiałam cię urodzić a potem tyle trudu kosztowało mnie by cię wychować. Teraz, gdy już cię wychowałam (jak się okazuje nie najlepiej) odmawiasz mnie, swojej matce prawa do zadzwonienia do własnego, rodzonego SYNA. Boże ty mój świat się już chyba kończy, żebym ja MATKA nie mogła zadzwonić i minutkę porozmawiać z synem, którego w bólach urodziłam i z takim trudem wychowałam – no chyba źle skoro nawet pięciu minut dla swojej matki poświęcić nie możesz? A dlaczego tak jest? Ja wiem syneczku, że ty jesteś dobry SYN, że ty matkę swoją rodzoną kochasz. To na pewno ona. To ona cię ode mnie odrywa. Ale ty dziecko wspomnisz moje słowa, że zatęsknisz za matką swą. Tylko, że wtedy synu będzie już na to za późno i pozostanie ci płacz nad moim grobem… (tu kulminacją sceny telefonicznej będzie szloch matki w słuchawkę).
Jeśli poprzednie działania matki będą nieskuteczne (a prawdopodobnie będą, gdyż faceci mający perspektywę seksualnego spędzenia wieczoru są zazwyczaj mocno odporni na tak zwane czynniki zewnętrzne), w tym miejscu MATKA może jeszcze wytoczyć argument ostateczny.
Czyli co teraz zrobi?
Mamusia teraz się rozchoruje.
Ciężko, nagle i gwałtownie.
Jej stan zdrowia załamie się i z każdą minutą będzie się pogarszał.
W związku z tym, ponieważ rodzony syn ją nie kocha, ona matka przechodzi gehennę i stoi nad grobem.
Z tej niebezpiecznej, nadgrobowej pozycji może ją wybawić tylko on, ukochany SYN.
Jeżeli ona MATKA nosiła go pod sercem dziewięć miesięcy, potem w męczarniach go rodziła i przez tyle lat wychowywała, to syn ma święty obowiązek ratować ją teraz od śmierci. Jeśli teraz, natychmiast SYN tego nie zrobi, to znaczy, że nie ma serca i nie zna uczucia litości dla własnej matki.
A fe!…
Trzask – dama z którą SYN miał wielką ochotę z lekka pobarłożyć właśnie opuściła z hukiem pomieszczenie. Seksualne nadzieje prysły jak mydlana bańka.
Mamusia trzask drzwi oczywiście słyszy w słuchawce. Zagrożenie mija – myśli sobie – ale umierać trzeba nadal, bo inaczej jej syn, idiota zresztą, gotów jest za tą zdzirą polecieć. No więc matka nadal stoi nad grobem i nadal intensywnie umiera.
Synu – tętna nie wyczuwam! Nogi mi drętwieją. Ręce mi drętwieją. Ach wiem, to krążenie ustaje, SYNU! Czy zdążę cię jeszcze zobaczyć przed śmiercią?
Syn świnią nie jest, więc ostatecznie zdenerwował się stanem zdrowia matki nie na żarty. Widać tym razem musiało się naprawdę stać coś poważnego.
Obiekt seksualnego zainteresowania i tak już sobie poszedł, więc teraz on SYN musi się natychmiast zająć matką.
Ona przecież umiera!!!
Żeby było szybciej najpierw wykonuje telefon w celu wezwania do niej karetki (reanimacyjnej oczywiście), potem zbiega po schodach, wsiada do samochodu i bije rekord trasy, łamiąc po drodze wszelkie ograniczenia prędkości.
Wbiega na korytarz, winda. Chryste panie, szybciej! Wciska przycisk siódmego piętra (bo mamusia raczy akurat zamieszkiwać na siódmym piętrze). Jest wreszcie siódme piętro. Drzwi do mieszkania otwarte. Boże, nie zdążyłem. Za późno! Strwożone serce najpierw wykonuje w ostrym tempie błyskawiczną drogę do uszu, by potem jeszcze szybciej znaleźć się w okolicach małych palców u stóp. Albo jeszcze niżej.
Gorzej być nie może!
W mieszkaniu personel reanimacyjnej karetki i sprzęt reanimacyjny mający ratować życie.
Życie jego matki.
Sprzęt jest odłączony.
Boże, nie zdążyli…
Lekarz z aparatem ambu w ręku ma minę taką raczej z gatunku mało przyjaznych.
Gdzie jest ona? Gdzie MATKA umierająca?
Czy żyje jeszcze? Nie żyje? Gdzie jest?
SYN wpada do pokoju…
Mamusia siedzi sobie przy stole. Filiżanka świeżo zaparzonej kawy pachnie aromatycznie.
– Kto ci synu pozwolił wzywać pogotowie?
– No powiedz kochanie, czy ja ci kazałam?
– Panie doktorze, to nie ja, to on jest nadwrażliwy! Zawsze taki był, dlatego ja muszę go tak chronić – mówi uśmiechnięta mamusia – Bardzo dobrze, że jesteś kochany mój. Wytłumacz się teraz przed panem doktorem.
– Mamo, przecież krążenie ci ustawało?!
– Ustawało ale przestało. No ty byś pewnie chciał, żeby tak było ale nic z tego! – rzecze niczym nie speszona mamusia – Żebyś ty mnie we wszystkim synku tak słuchał!
Tutaj syn musi wykazać się nadzwyczajną zdolnością do wpłynięcia na lekarza, by ten mocno wkurzony zechciał jednak odstąpić od wypisania noty obciążającej kosztami bezpodstawnego wezwania karetki. Na szczęście udaje się go jakoś załagodzić.
Uff, pojechali.
Syn w ostrym napadzie żądzy mordu pyta się matki o sumienie, które pozwoliło jej na tak okrutne z nim postąpienie.
– Jak mogłaś mamo?
– SYNU, daj spokój. Czego się czepiasz. A cóż ja takiego zrobiłam?
No, nie złość się już na mnie. Wiesz dobrze się składa, że przyjechałeś do mnie syneczku. Posiedzimy sobie. Porozmawiamy. Wypijemy sobie kawki. Będzie fajnie!
To, że synowi opadły z bezsilności w tym momencie ręce MATKA uznała za okoliczność całkowicie bez znaczenia.
Najważniejsze jest, że nie ma z nim tej okropnej baby! Cała reszta jest znacznie mniej istotna. Znacznie mniej.
Nie ma żadnej gwarancji drodzy synowie matek własnych, że historia ta w przyszłości nie zdarzy się dowolną ilość razy.
Skoro raz się zdarzyła?
SYN nie odważy się zaryzykować zlekceważenia kolejnego ciężkiego ataku serca czy wylewu mózgowego, zapalenia otrzewnej czy paraliżu ciała całego. A nuż MATKA nie będzie udawać. I co wtedy? Będzie ją miał wtedy na sumieniu?
Dlatego jeśli spędzasz miły wieczór z obiektem westchnień i przedmiotem miłosnych zabiegów a posiadasz mamusię typu toksycznego, nie zabieraj ze sobą komórki. Oszczędzisz sobie wiele nerwów.  Możliwym jest, że uratujesz tym swój związek.
Wzgląd numer trzy
 
Sytuacja analogiczna jak powyżej tyle, że syn nauczony doświadczeniem, które utrwaliło się w nim negatywnie niczym odruch Pawłowa, w ogóle nie odbiera telefonu od matki.
W trakcie romantycznego wieczoru z dziewczyną jego marzeń dzwoni do niego jego wspólnik, z którym był umówiony na kontakty biznesowe o każdej porze doby, ale tylko w bardzo ważnych sprawach.
– Stary proszę cię zadzwoń do swojej mamy, bo tam się chyba coś złego stało. Ona płacze mi do telefonu, że próbuje się z Tobą skontaktować i nie może, bo ty nie odbierasz telefonu. Zadzwoń proszę, twoja MATKA płacze.
Hasło: matka płacze przerywa wszelką dyskusję na temat celowości dzwonienia.
Syn oczywiście dzwoni, bo ostatecznie świnią nie jest i w tym momencie patrz wzgląd numer dwa.
Czy nie prostsze byłoby nasze życie, gdyby telefony komórkowe nie istniały?
Co powinna zrobić kobieta, z którą synuś toksycznej mamusi spędza właśnie ten upojny wieczór?
Kobieta ta powinna po prostu opuścić pomięszczenie i uodpornić się na jego prośby i błagania o to, by wróciła.
Czyli wychodzi na to, że jeśli w trakcie wieczoru z synem MATKI dziewczyna wyjdzie trzaskając drzwiami, to z punktu widzenia ochrony własnych interesów zrobi najlepszą rzecz pod słońcem.
Dlaczego?
Niewątpliwym jest, że związek synusia z toksyczną mamusią skutkować będzie w przyszłości rozlicznymi komplikacjami. Ona jako nowoczesna i przewidująca kobieta mówiąc językiem współczesnym powinna więc jak najszybciej spadać z tego układu.
Dla własnej zdrowotności.
Jeżeli Boże broń wydaje jej się, że faceta obdarzonego toksyczną mamusią bardzo kocha i wszystkie przeciwności losu pokonają wspólnie w imię łączącej ich dusze i ciała miłości, że niby to miłość taka „na dobre i na złe”, to trzeba tylko jedno rzec: prosisz się dziewczyno o spore kłopoty.
Przeciwność losu w postaci toksycznej mamusi jest przeciwnością najtrudniejszą z trudnych.
Jeżeli zatem po odkryciu tego typu zależności synusia od mamusi dziewczyna nie uczyniła rejterady w tę stronę świata, gdzie pieprz rośnie, to sama jest sobie winna i niech się w życiu męczy skoro uparła się tak mieć….
Można by tutaj opisywać względów rozmaitych bez liku. Te trzy opisane chyba najwłaściwiej oddają powagę i skalę problemu. Także jego katastrofalne skutki jeśli chodzi o pożądany przez wszystkich tak zwany „święty spokój”. Zamachy na to właśnie dobro wywołują poważne skutki i to niekoniecznie miłe.
Dlatego każdy młody człowiek obdarzony „kochającą inaczej” matką, jeśli planuje założyć rodzinę powinien być świadom co może mu się w życiu małżeńskim wydarzyć.
Mogą mu się przytrafiać komplikacje najrozmaitsze, bowiem osoby toksycznie kochające nadzwyczajną inwencję mają.
Energię też mają.
Niespożyte siły również.
Dlatego odważnie należy stwierdzić, że stopień upierdliwości opisywanego zjawiska jest delikatnie mówiąc znaczny.
Toksyczna mamusia wcześniej czy później staje się teściową i dopiero wtedy zaczyna mieć prawdziwe możliwości utrudniania życia nie tylko synusiowi swojemu „najdroższemu” ale także (a może przede wszystkim) synowej.
Dobrze jej tak i niech ma za swoje skoro matce syna zabrała!
Nie da się ukryć, że mamusia nadzwyczaj kochająca swoje dorosłe dziecko to TEŚCIOWA nieustannie produkująca kłopoty.

c.d.n.
Zdjęcie pochodzi z pixabay.com

Olga Vitoš

Nie potrafię usiedzieć na jednym miejscu. Ciągle muszę coś roboć. Jestem mamą, doulą i kobietą, która uwielbia działać. Wspieram kobiety w okresie okołoporodowym a także po stracie dziecka. Prowadzę warsztaty dla kobiet w ciąży i dla rodziców. Jestem prezesem Fundacji Kocham Zapinam, dzięki której promuję bezpieczne przewożenie dzieci w samochodach. Maluję, tłumaczę z języka czeskiego oraz tworzę książki dla dzieci. Jestem także jednym z twórców akcji #MaluchyNaBrzuchy.

2 myśli na temat “Instrukcja obsługi teściowej, część I

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *