Poronienia nawracające

Poronienie – jak być silnym po stracie dziecka?

Ten wpis został zainspirowany przez Was. Często piszecie do mnie, jak ja to robię, że mimo kilku poronień, nie załamałam się, uśmiecham się na co dzień? Jak ja nie bałam się kolejny raz próbować być w ciąży? I właściwie jak ja to robię, że daję radę o moich stratach mówić?

Przede wszystkim muszę Wam się przyznać, że chyba nie było w moim życiu gorszych chwil niż wtedy, gdy straciłam trójkę moich dzieci (bo dla mnie to były dzieci). Mam cichą nadzieję, że już tak zostanie. Chociaż staram się na co dzień o tym nie myśleć, nieustannie stają mi przed oczami pewne wspomnienia. Wspomnienia, które chciałabym ze swojej pamięci usunąć. To są bardzo bolesne wspomnienia i o nich nie potrafię rozmawiać z nikim. Być może z czasem to się zmieni. Na razie niektóre rzeczy pozostawiam tylko w swoim sercu.

Bywa, że czasami przez to wszystko nie mogę spać. Ja naprawdę jeszcze sobie tego wszystkiego nie przerobiłam. Pewnie zajmie mi to jeszcze jakiś czas. Musicie wiedzieć, że mimo wszystko czas leczy rany. Może nie do końca. Może zostają na nich blizny. Ale rana już nie jest żywa. Nie krwawi.

Po poronieniu

Pamiętam ten czas po moim drugim poronieniu. Pamiętam, jak wybuchałam płaczem na widok kobiet w ciąży. Pamiętam, jak jakieś dwa tygodnie po zabiegu poszliśmy do babci M, bo akurat były święta Wielkanocne, a babcia, jak to babcia zadała pytania „To kiedy będziecie mieli dziecko?”. Gdyby M nie wziął tej sytuacji na swoją klatę, rozryczałabym się tam jak małe dziecko.

Od tego momentu nigdy nie pytam się nikogo, kiedy będzie miał, lub kiedy zamierza mieć dziecko.

NIGDY!

Bywa, że o tym rozmawiam z najbliższymi przyjaciółkami, ale dokładnie znam ich sytuację, więc jestem pewna, że mogę bezpiecznie o to pytać ;-). Dalszych znajomych, czy ludzi, o których za wiele nie wiem, o dzieci nie pytam i już.

Radzę Wam sobie wziąć to do serca. Bo nic bardziej nie boli, jak takie głupie pytania w sytuacji, gdy długi czas starasz się o dziecko i nie możesz zajść w ciążę, lub tracisz kolejnego maluszka.

Poronienie – temat tabu

No, dobra, ale dlaczego mówię o swoich poronieniach? Przecież o TYM nie powinno się rozmawiać! 

I znowu pamiętam moją drugą stratę. Dziecku przestało bić serduszko w 9 tygodniu ciąży. Musiałam udać się na zabieg do szpitala w kompletnie obcym kraju. Do tego był to jeden z gorszych szpitali w Budapeszcie, ale wysłano mnie tam, bo był najbliżej mojego miejsca zamieszkania. Wtedy nie miałam zielonego pojęcia o służbie zdrowia na Węgrzech, nie wiedziałam nic na temat zabiegu łyżeczkowania macicy, zupełnie nie wiedziałam o swoich prawach, o tym, co mogę od lekarzy i personelu szpitalnego wymagać. Dodatkowo byłam przerażona, bo właśnie dowiedziałam się, że moje upragnione dziecko nie żyje. 

Nie było wtedy nikogo, kto by mi pomógł konkretną wiedzą. Nie było nikogo, kto by powiedział, że mogę dostać akt zgonu dziecka, zbadać płód pod względem genetycznym i zrobić pogrzeb. Nie było nawet nikogo, kto by złapał mnie za rękę i powiedział „Wiem, jak się czujesz. Też straciłam dziecko. Zobaczysz, że z czasem będzie lepiej”.

Banalne prawda?

Dlaczego warto rozmawiać o stracie?

Potem ogarnęłam się. Zaszłam w kolejną ciążę. Urodziłam zdrowego Smoka. Zaczęłam pisać bloga i zaświtała mi myśl, bo o tych moich poronieniach pisać. Przecież jest na świecie mnóstwo dziewczyn, które przeżyły to samo co ja. Jest mnóstwo dziewczyn, które też nie mają nikogo, kto im powie, co i jak i uspokoi, że to nie tylko im się zdarzyło.

Po tych kilku latach od pierwszego poronienia jestem bogatsza o dwójkę ziemskich dzieci, mnóstwo doświadczeń oraz konkretną wiedzę dotyczącą problematyki poronień. Nie chcę chować tego dla siebie. Wy też potrzebujecie znać wszystkie te konkrety. Każdy powinien znać swoje prawa! 

Dlatego, jeśli macie jakieś pytania, potrzebujecie po prostu pogadać o swoich uczuciach, możecie śmiało do mnie pisać.

Czy jestem silna? Nie jestem. Nadal rozklejam się, gdy na filmie ciężarna matka traci dziecko. Nadal nie potrafię gratulować, gdy koleżanka mówi mi, że właśnie test ciążowy pokazał dwie kreski (taktownie odpowiadam wtedy, że pogratuluję po 12 tygodniu, aby nie zapeszać). Nadal płaczę ukradkiem w rocznicę każdego poronienia. Trzymam zdjęcia usg moich aniołków i czasami muszę je wyciągnąć. To jedyne co mi po nich pozostało.

To szybko mi pewnie nie przejdzie.

Dobrze, że jednak udało nam się i teraz mamy Smoka i Młodszego.

Olga

Jeśli spodobał Ci się ten tekst, zostaw po sobie komentarz, polub lub udostępnij. Będzie mi bardzo miło :-).

facebook-icontwitter-iconinstagram-icongoogle-plus-2-icon