Ciąża i poródDoula

Syntetyczna oksytocyna wyzwala agresję… na fejsie.

Uwielbiam porody. Uwielbiam rozmawiać o porodach i bardzo często to robię z przyjaciółmi, znajomymi, dalszymi znajomymi, z dziewczynami, które przychodzą na moje warsztaty. Czasami zdarza się nawet ktoś totalnie obcy. Takie już życie douli. A z każdego porodu można się wiele nauczyć. Naprawdę. Z każdej takiej opowieści porodowej wyciągam coś dla siebie i takiej kobiecie staram się także coś od siebie podarować. Bo może będzie jeszcze raz rodzić. Bo może będzie rodzić jej przyjaciółka, siostra, córka. W końcu aby rodziło nam się lepiej, musi zwiększyć się nasza świadomość porodów. Bez tego nigdzie nie ruszymy.

Oczywiście sztuczna oksytocyna nie wyzwala agresji. Przynajmniej nie ma na to żadnych badań ;-). Tytuł jest chwytliwy. Przyznaje bez bicia, że zrobiłam to specjalnie, bo inaczej nikt nie wszedłby na post zatytułowany na przykład „większość kobiet nie potrzebuje sztucznej oksytocyny, aby urodzić dziecko”. A wszystko zaczęło się od umieszczenia na fanpage’u, tej oto grafiki:

TUTAJ link do postu. 

I wiecie co? Również tutaj jest pewien chwyt zastosowany, bo ta grafika miała wywołać reakcję. Chociaż spodziewałam się raczej dyskusji, czy refleksji na temat częstotliwości użycia oksytocyny w polskich szpitalach. Spotkałam się niestety z czymś odwrotnym, czyli z agresywnym wręcz uzasadnianiu używania oksytocyny. Kilka osób nawet postanowiło mnie obrazić. Specjalnie nie usunęłam żadnego komentarza. Niech zostanie dla potomności 😉 (no dobra, jeden usunęłam, ale to osoba nawet nie chciała pisać ze swojego profilu a użyła fanpage’a, więc no sorry…).

Syntetyczna oksytocyna

No to odniosę się do sprawy sztucznej oksytocyny. Oczywiście, że chodzi o tą sztuczną (co wynika z całego wpisu).

Bardzo upraszczając sprawę oksytocynę potrzebujemy przy porodzie i przy karmieniu piersią. Wytwarzamy ją sobie sami. Syntetyczną oksytocynę otrzymał biochemik Vincent Du Vigneaud. Oksytocyna naturalna różni się jednak od tej syntetycznej. I o ile w niektórych przypadkach może być konieczna, o tyle w większości jest zbędna i może nieść za sobą nieprzyjemne komplikacje. O syntetycznej oksytocynie możecie poczytać również TUTAJ.

Dlaczego mówię o „większości przypadków”? Od kilku tygodni robiłam małe badanie wśród znajomych dalszych i bliższych i wśród kobiet, z którymi pracuję w czasie ciąży, porodu i po porodzie. Statystycznie jest to niewielka grupa około 100 kobiet. Jednak prawie 70% z nich wskazało, że podczas porodu użyto u nich oksytocyny. 10% nie było pewnych. U części z nich oksytocyna była podawana na wywołanie porodu (maksymalnie tydzień po obliczonym przez lekarza terminie porodu). U innych była podana po przyjściu do szpitala z regularnymi skurczami. Reszta dostała oksytocynę pod koniec porodu. A mnie zastanawia, czy faktycznie wszystkie te kobiety potrzebowały syntetycznej oksytocyny, która jednak niesie za sobą sporo skutków ubocznych (łącznie z problemami z karmieniem piersią – TUTAJ)? Bo tak na zdrowy rozum, wydaje mi się, że skoro faktycznie tyle kobiet potrzebuje sztucznej oksytocyny, to czy śmiertelność przy porodzie w erze przed jej wynalezieniem nie byłaby znacznie większa?

I tak, być może mam pecha do posiadania w swoim gronie znajomych kobiet, które miały pecha nie móc urodzić bez syntetycznej oksytocyny. I również zdaje sobie sprawę z tego, że to wszystko to taka trochę gównoburza i wiedziałam, że tak może się wydarzyć.

Jednak:

  1. Kieruje mną nieodparta ochota wzbudzenia w kobietach choćby odrobiny zastanowienia się nad tym, że można rodzić inaczej niż w męczarniach leżąc na łóżku z podpiętą kroplówką, KTG i nie wiadomo czym jeszcze.
  2. Mam jeszcze swoje dodatkowo powody, aby uważać, że oksytocyna jest w polskich szpitalach nadużywana, ale o nich powiem Wam innym razem.
  3. To mój blog i mój fanpage. Mogę na nim wyrażać własne zdanie i nikomu nic do tego. Nawet jeżeli się mylę ;-).
  4. Specjalnie w ten sposób staram się zwrócić uwagę na temat osób, które zapewne nie mają ochoty w tradycyjny sposób zwiększać swojej świadomości porodowej. Być może dzięki temu chociaż jedna osoba zagłębi się w temat a to już jest sukces!

Na koniec przypomnę (bo pewnie wielu z Was się nie będzie chciało zagłębić w czeluści mojego bloga), że starszego syna rodziłam podpięta do kroplówki z oksytocyną. Nie mam pojęcia dlaczego. Nikt mnie nawet o zdanie wtedy nie zapytał. Drugiego rodziłam już w bardziej naturalny sposób. Trzecie dziecko pewnie urodzę w lesie, jak to sugerują mi niektóre osoby komentujące na Facebooku ;-).

Nie uważam, że kobieta, która urodziła dziecko przy oksytocynie jest gorsza. Nie uważam, że kobiety, które rodziły naturalnie i w domu są lepsze od tych co miały cesarskie cięcie. Uważam, że każda z nas powinna mieć wybór i tego wyboru dokonać świadomie, znając wszystkie konsekwencje swojego wyboru. A ja? No cóż, mam nadzieję, że będę mogła dotrzeć do wielu kobiet i przekonać ich, że warto jest sprawdzać informacji, czytać, poznać siebie i proces porodu.

Olga