Strefa mamyZdrowie

Jak wzmocnić odporność dziecka – historia prawdziwa

Mamy październik. Wiele dzieci już zdążyło kilka razy zachorować od początku września. Nieliczne nadal są zdrowe i nie przejawiają żadnych objawów świadczących o zamieszkiwaniu w ich organizmach wirusów i bakterii. Przypadek?

Pamiętam, jak Smok był jeszcze mały. W końcu nie było to tak dawno temu. W tych czasach dużo czytałam o zdrowiu, odporności, dobrej diecie itd. Starałam się postępować zgodnie z zaleceniami zdrowego trybu życia. Miało to zapewnić dziecku zdrowie podczas przygody przedszkolnej a nam – rodzicom święty spokój.

  • Nie przegrzewałam i nie wychładzałam. Bardzo dbałam o odpowiedni ubiór małego.
  • Zwracałam (nadal to robię) dużą uwagę na to co jemy. Sprawdzam skład produktów. Nie kupuję praktycznie żywności wysoko przetworzonej. Mięso z dobrego chowu. Jajka od szczęśliwych kurek itd. Wiem czym jest karagen i nie kupuję nic, co go zawiera… Naprawdę dbam o jakość naszego jedzenia.
  • Podaję dziecku probiotyki (teraz już dzieciom) i to takie z najwyższej półki, które są zarejestrowane jako leki, a dzięki temu są przebadane.
  • Podaję witaminę D, a latem staram się, aby chłopcy jak najwięcej jej sami naprodukowali.
  • Antybiotyki u nas to ostateczna ostateczność.
  • Zwracam również uwagę na leki, jakie biorą i na ich skład.
  • Praktycznie staję na głowie, aby byli zdrowsi.

I co z tego mam? No właśnie to, że Smok pierwszy katar w przedszkolu złapał po 3 dniach przebywania w placówce. Potem był następny katar, kolejna infekcja i zaczęłam podawać entitis. Ten znowu pomógł. Naprawdę pomógł, ale i tak teraz na wiosnę musieliśmy wyciąć trzeci migdał. Za nami już kilka infekcji spojówek, niezliczona ilość infekcji uszu, zapalenie płuc, szkarlatyna, choroba dłoni, stóp i ust oraz kilka razy rotawirus. O tygodniowej gorączce nie wspomnę.

W tym samym czasie inne dzieci z przedszkola są zdrowe lub chorują bardziej, bez względu na to, co robią ich rodzice, aby podnieść im odporność.

A Młodszy? Dbałam o siebie w ciąży i o swoją dietę. Karmiłam młodego piersią i w tym czasie również uważałam na to, co jem (nie, nie o kolki mi chodzi ale o zdrowe i pełnowartościowe posiłki). Nie przegrzewam, nie wychładzam, noszę, przytulam, chucham i dmucham, podaję probiotyki, witaminę D i masę różnych naturalnych lub mniej naturalnych środków.

A i tak Młodszy ma astmę, AZS. Nie zliczę ile razy miał zapalenie oskrzeli, krtani, katary i inne jeszcze gorsze dolegliwości. Chorobę dłoni, stóp i ust też przeszedł mimo karmienia piersią. Nie zliczę Wam ile razy się dusił i ile nocy przez to nie spałam, bo sprawdzałam, czy oddycha.

Taki z tego morał, że mam wrażenie, że wszystkie te porady odnośnie wzmacniania odporności dziecka można sobie kolokwialnie mówiąc w d… wsadzić. Wszystko to ma się nijak do genów, z którymi ciężko walczyć. Po prostu jedne dzieci mają szczęście być odporniejsze, inne nie…

No dobra, już nie będę ględzić. Wkurzona trochę jestem, bo Młodszy ostatnio na urlopie nam się dusić zaczął ;-). Tak poważnie to zdrowy tryb życia, to co jemy, to czy karmimy piersią ma duże znaczenie dla dziecka. Nie twierdzę, że go nie ma. Są na to badania nawet. Grunt w tym, że dzieci chorować muszą. Nie ma innego wyjścia. A mnie wkurzają teksty typu „ja nie przegrzewam, podaję witaminki i moje dziecko nie choruje”.

Więc jeśli robisz wszystko jak należy, a mimo to Twoje dziecko często choruje, to trudno, trzeba to jakoś przetrwać. Widocznie takie geny i już. 

A Wasze dzieci też często chorują, czy są z tych zdrowszych?

Olga

Jeśli spodobał Ci się ten tekst, zostaw po sobie komentarz, polub lub udostępnij. Będzie mi bardzo miło :-).

facebook-icontwitter-iconinstagram-icongoogle-plus-2-icon